W naszej, ojczystej ziemi cuda się kryją, a początek tej opowieści w izbie podróżniczej, co ją PTTK zwą, w sławnym kurorcie Międzyzdroje miejsce miał.
Tam to w me ręce wpadł wolumin, przed czterdziestu laty na lichym, peerelowskim papierze wytłoczony. Lecz mężu, który byś mniemał, że to jeno błahe pisanie, wiedz, że mylisz się okrutnie! Bibliografia w owym skrypcie tak zacna i tak drobiazgowa była, jakoby ją najuczeńsi mężowie z krakowskiej akademiji sklecili. Dziś nikt już z taką powagą o turystyce nie pisze. Autor, człek niechybnie prawy i w morzu Bałtyckim bez pamięci zakochany, z sercem na dłoni o szlakach nadmorskich prawił, rzucając w pewnym miejscu słowa, co krew w żyłach zburzyły: „najpiękniejsze dwanaście kilometrów polskiego wybrzeża”. Taka pochwała sprawiła, że klamka zapadła. Musiałem tę perłę na własne oczy obaczyć.
Nim jednak w drogę ruszyłem, przez samo serce kurortu przejść mi przyszło, a tam... Boże, odpuść! Tłuszcza niezmierna obozem się rozłożyła, płóciennymi zaporami, pospolicie parawanami zwanymi, od wiatru i od bliźniego się grodząc. Skwar lał się z nieba, a gawiedź owa, miast na cuda natury baczyć, mięsiwa na rusztach piekła i złocistym napitkiem gardła płukała, zgoła nie pomnąc, by się w poszukiwaniu najpiękniejszego wybrzeża ruszyć z miejsca. Dwanaście kilometrów piechotą to dla nich zapora nie do przebycia.
Zszedłem tedy ze schodów na Kawczą Górę i kroki swe na wschód skierowałem, trzymając się znaków szkarłatnych, szlakiem turysty zwanymi. Zrazu droga szła gładko, lecz pośrodku szlaku robiła się coraz węższa i kamienista. Pomniałem wnet przestrogi z owego mądrego woluminu: w czas sztormu, gdy bałwany morskie z rykiem lwa o klify biją, srogo ryzykujesz głową, człeku, jeśli tu zawitasz! Zginąć tu łatwo, bo woda drogę powrotną odcina. Nawet i w ów dzień, przy nieco wyższym poziomie wody, w najwęższych przesmykach fale szlak zuchwale podmywały.
Szedłem wytrwale. Minąłem Gosań – ów potężny, na dziewięćdziesiąt i trzy metry w niebo strzelający klif, co na kształt wieży obronnej brzegu strzeże. Dalej zaś wyrosły głazy ogromne, morenowe, przez Bałtyk wypłukane, które lud miejscowy Głazami Piastowskimi zowie, a z których niejeden w obwodzie aż dziewięć metrów liczył.
Aż wreszcie, po długim znoju, kamienie ustąpiły. Oczom mym ukazały się plaże piaszczyste, szerokie, jasne. Z południa dostępu do owego raju broniła stumetrowa ściana urwiska, od północy zaś woda bezkresna, szumna i szafirowa. A dookoła, aż po sam horyzont – ani z prawej, ani z lewej strony – żywej duszy! Cisza, jeno wiatr w uszach grał. Spojrzałem w dal i zrozumiałem w lot, że ów pisarz sprzed lat czterdziestu rzetelne dał świadectwo prawdzie. Toż to był najpiękniejszy fragment ojczystej ziemi. Nasza własna, słowiańska, niebiańska plaża.
Przysiadłem na piasku i zadumałem się nad dziwnymi wyrokami Opatrzności. Chwała Najwyższemu, iż nie dociera tutaj owa krzykliwa tłuszcza z parawanami, co to brzeg morski w kurortach niczym hordy dzikie zalega i płóciennymi zaporami zawzięcie przed bliźnim się grodzi! Nie uświadczysz na tym dziewiczym piasku jarmarcznego zgiełku, ni swędu pieczonego mięsiwa, co by ten raj święty spaskudzić mogły. Naszej plaży bowiem na szczęście zbrojno strzeże sama matka natura – znojem długiej drogi, srogimi głazami i morską tonią, skutecznie chłodzącą w zarodku zapędy każdego leniwego wczasowicza, któremu za ciężko krok jeden dalej poza swą wygodną kwaterę postawić
Nacieszywszy oczy owym cudem, ruszyłem w dalszą drogę. Na wysokości osady Wisełka, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, opuściłem plażę i wsiadłszy w samobieżny wóz, autobusem zwany, do owych zatłoczonych Międzyzdrojów powróciłem.
Praktyczne uwagi odnośnie 12 kilometrowego szlaku:
od schodów na Kawczą Górę idziemy cały czas plażą szlakiem czerwonym, który jest dobrze oznakowany. Środkowa część szlaku jest kamienista i momentami przejście robi się wąskie. Podczas sztormów fale odbijają się od urwisk klifowych i wtedy nie wolno wychodzić na wycieczkę. Nawet w czasie trochę wyższego poziomu wody najwęższe miejsce szlaku jest zalane przez morze. Po drodze będziemy mijać klif Gosań (93 m. n.p.m.). Później duże głazy morenowe wypłukiwane przez morze nazywane Głazami Piastowskimi (o obwodzie dochodzącym do 9 metrów). Później będziemy mieć coraz ładniejsze szerokie, piaszczyste plaże. Na wysokości miejscowości Wisełka wychodzimy z plaży i wracamy autobusem do Międzyzdrojów."


